- Nie, nie mówiliśmy nic przez dwa i pół roku. Tak się umówiliśmy między sobą, że nic. Nawet razem z kumplami, z ratownikami nie rozmawialiśmy o tym, co widzieliśmy tam, w Moskwie. To była taka... Ech, nie będę przeklinał - mówi Książek.
Przypomina też, że kiedy wrócił do domu powiedział do swojej żony, że \"jeszcze wszystkich będą ekshumować\". - Byłem jak w amoku. Spaliśmy tam po godzinie, po dwie. Rodziny w ogóle nie spały - twierdzi.
Lekarz przypomina, że już 11 kwietnia 2010 r. do Moskwy poleciały dwa samoloty - ze sprzętem, patomorfologami i właśnie z nimi. - Dostaliśmy informację, że będziemy się zajmowali rodzinami ofiar. Baliśmy się tylko, że jest nas pięciu na jakieś 200 osób - podkreśla.
![]() |